Jestem w Wenecji. Niewyobrażalny zgiełk i ścisk na pięknym Placu Św. Marka. Uciekam na koniec wyspy. Im dalej tym spokojniej. Niebo prawdziwie niebieskie. Słońce, a w nim pojawia sie kolorowa postać poruszajacego się z najwiekszą trudnoscią starszego Pana. Idzie po wodę. Lewa ręka ciągnie dwukołowy wózek, prawa dżwiga niebieską konewkę. Powolnym ruchem uruchamia pompę. Rozgląda się. Cieszy go świat. Robię mu ukradkiem parę zdjęć. Przechodzę koło niego. Zgarbiony staruszek odchyla się gwałtownie w moim kierunku zatrzymując mnie słowami „fotograffo wene". Wkłada na wózek ciezką, pełną wody konewkę. Nie pozwala mi pomóc. Idę za nim. Co chwilę odwraca głowę sprawdzając czy idę za nim. Podążam pełen kłębiących się w głowie domysłów. Docieramy do końca małej uliczki. Otwierają się drzwi do innej rzeczywistosci. Przede mną wnętrze stolarni. Z półek po prawej stronie wystają kolorowe drewniane nogi. Starszy Pan wyciąga je po kolei parami, odkurza i przedstawia kolejne zamalowane kolorowo Pinokia. Już wiem, ze jestem wybrańcem losu. Ostatnia osoba była tu co najmniej 3 miesiące temu. Sadza je pod pótka. Karze mi wybrać jednego. Serce wali mi jak mtot. Najchętniej zabrałbym wszystkie. Zamykam oczy, wskazuję przypadkowo. Gepetto przytula go, całuje i oddaje w moje ramiona. Prosi, abym na małej kartce, którą położy za chwilę w miejsce Pinokia zapisał kraj z którego jestem. Wychodzac wiem juz jakim obowiazkiem bez jednego nawet stowa zostatem obarczony. Swiat dla mojego Pinokia jest otwarty. Tomek Sikora Wysłane z iPhone'a